Dzień 4. Gori, Uplisciche, Mccheta

Punktualnie o ósmej ruszamy w trasę do Gori. To pierwsze miejsce, w którym coś zwiedzimy. A mianowicie muzeum Stalina. Można i trzeba zadać sobie pytanie, czy takie muzeum w ogóle powinno istnieć. Ktoś powiedział, że to tak, jakby Niemcy mieli muzeum Hitlera. Poniekąd prawda. Pytałem naszego gruzińskiego kierowcę na ten temat. Odpowiedź bardzo ciekawa. Mianowicie nie ma wątpliwości kim był Stalin i o tym każdy wie. Natomiast on urodził się w tym mieście – Gori i dla jego mieszkańców jest w pewnym sensie powodem do dumy, że człowiek z ich 40 tysięcznego dziś miasteczka stanął na czele Imperium. W samym muzeum nie ma jednak równowagi – w zawartości na zdjęciach, która pokazywałaby zarówno dokonania jak i zbrodnie. Muzeum składa się niemal w całości z propagandowych w moim odczuciu materiałów – obrazów, gobelinów, zdjęć, popiersi, maski pośmiertnej, itp. Jest też rekonstrukcja pierwszego gabinetu Stalina na Kremlu. Jest także dość sporo zdjęć jemu współczesnych tekstów z gazet, plakatów, obwieszczeń – lecz przyznam, że nie czytałem. Nie mam aż takiego zapału oraz znajomości rosyjskiego.
Konkluzja – po wyjściu z muzeum miałem wrażenie, że Stalin to bohater i wielki przywódca Rosyjski, bez żadnej refleksji.

Ciekawym elementem muzeum jest stojący przed gmachem budynku wagon, w którym podróżował Stalin, a także przeniesiony w to miejsce domek, w którym się wychowywał.

Z Gori jedziemy kilkanaście minut do kolejnej atrakcji – Uplisciche. Jest to kamienne miasto, leżące nad rzeką Kura (Mtkwari). Informacja mówi, że w tym miejscu ślady ludzkie sięgają 3 tysięcy lat p.n.e. – sporo. Oczywiście zanosi się na deszcz, więc szybko idziemy zwiedzać. Pełno turystów. Całe wręcz wycieczki. Bardzo interesujące miejsce, godne polecenia. Chodziliśmy przynajmniej godzinę, a gdyby nie deszcz, to i dłużej można. Trzeba sobie to miejsce wyobrazić razem z drewnianymi przybudówkami i wspornikami. Moim zdaniem dopiero połączenie skalnych konstrukcji z brakującymi dziś drewnianymi elementami, daje kompletny obraz tego miejsca.
Gdy wyjeżdżamy rozpętuje się istne oberwanie chmury. Biedni ci, których to zastało w skałach.


Dojeżdżamy do Mccheta. Wybieramy hotel w centrum, ale taki mały, rodzinny. Uzgadniamy co na śniadanie, kupujemy wino własnej roboty, oczywiście podłączamy się do Internetu i odpoczywamy. Deszcz popaduje i zniechęca nas do zwiedzania. Ale oczywiście sjesta nie może trwać zbyt długo.

Katedra Sweti Cchoweli

Po drodze odwiedziliśmy hodowlę psów Kaukaskich. Z tej hodowli pochodzą podobno dwa europejskie czempiony. Ogromne, z puszystą sierścią i całkiem groźne z wyglądu. Sporo psów, sporo klatek, pełno szczekania. Oprócz człowieka oprowadzały nas po terenie cztery koty, które najwyraźniej piastowały tam kierownicze stanowiska.

Zatrzymaliśmy się aby kupić chleby, wypiekane w przydrożnych piecach. Kupuje się taki chlebek jeszcze gorący. To może bardziej chałka. Ciasto drożdżowe z rodzynkami.

Bardzo smaczne, zwłaszcza zapijane kilkoma łykami wczorajszego wina.

​​

Co do wina, to jest właściwie wszędzie i jest bardzo smaczne. To domowe, które ja spotkałem to półsłodkie czerwone. O bardziej lub mniej ciemnej barwie, a jedno niemal czarne. Ciężko tu być i utrzymać całkowitą trzeźwość. Tyle pokus.